Banda Kmicica - fragmenty

Aby otrzymać e-mailem całość opracowania Bandy Kmicica , bądź zamówić opracowanie w wersji dźwiękowo-muzycznej w formacie mp3 na płycie CD, lub uzyskać zezwolenie na publikację poniższych tekstów, napisz: liber112@go2.pl

Wpisy

  • wtorek, 10 listopada 2009
  • poniedziałek, 27 października 2008
  • wtorek, 06 grudnia 2005
    • Banda Kmicica

      Jest to obszerny fragment "POTOPU" H. Sienkiewicza, napisany wierszem, linijka po linijce, z dodatkowym humorem, zamykający się w całości, opisujący dzieje Kmicica i jego bandy od początku, aż do samego jej końca. Opracowanie występuje w dwóch formach: pisanej i muzyczno-słownej, na 6 płytach CD. Dwa odcinki muzyczno-słownej wersji "Bandy Kmicica" są zamieszczone na podstronce "POSŁUCHAJ" (wejdziesz ze Strony Głownej).

      Miłej zabawy!

      :O)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bandakmicica
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 grudnia 2005 22:45
  • czwartek, 28 lipca 2005
    • Banda Kmicica - fragment

      Znowu smutek i nadzieja, znowu żale do Kmicica, znowu myśli do Andrzeja, znowu gniew, znowu gorczyca...

      Znowu ból, znowu pragnienie, znowu usprawiedliwienie...

      Czy go może wciąż tłumaczyć? To nie musi przecież znaczyć, że niewinny... bo z kompanią rzucał cień też przecież na nią...
      Kiedy o nich tak myślała, ręce mocno zaciskała i już w oczach jak żywego widzi znów Kokosińskiego i Uhlika, tego łyka, Kulwca - Hipocentaurusa, Zenda też, którego grdyka naśladuje głos indyka... Widzi jeszcze jakichś innych.... i tych winnych... i niewinnych... Czy niewinnych?... Chyba nie! Wszyscy winni! - wzdraga się... Patrząc w myśli na ich gęby, w ich uśmiechach żółte zęby... Teraz winę zauważa.... Widać ją na wszystkich twarzach!... Twarze były wszak bezczelne, oczy wzrokiem aż pazerne, w których zbrodnia i rozpusta odbijały swe pieczęcie. Rozżarzone z gniewu usta zacisnęła więc zawzięcie, a nienawiść niby ogień ogarniała płomieniami... Każdy ten gorący płomień czuła wciąż między ustami.

      Z każdą chwilą ta uraza do Kmicica w niej wzrastała.
      - Wstyd, sromota i zaraza! - swymi usty tak szeptała. - Wracał ode mnie każdego wieczora na draństwo do dziewek czeladnych ze dwora...

      Tak rozmyślając zła, rozżalona czuła się strasznie upokorzona. Nieznośne brzemię ją przygniatało i oddech w piersiach w niej tamowało. Co raz po izbie w kółko chodziła, tam i z powrotem, bo wściekła była.

      Na dworze zasię, z jej każdym krokiem świat się oblekał złowieszczym mrokiem. Natura panny nie była zdolna znosić trudności danych przez los, zatem obrona była powolna, a każda chwila to dla niej cios.

      Walczyć kazała jej jakaś siła, bo krew rycerska w pannie krążyła. Chciałaby walkę zaraz rozpocząć z tą zgrają duchów okrutnie złych, lecz nie wiedziała, co przyjdzie począć jeśli pan Andrzej wybierze ich...

      Na cztery wiatry niech ich rozpędzi i z nią spokojnie swe życie spędzi! A jak nie zechce? Jeśli nie zechce? Panna tak nawet już myśleć nie chce... Nie chce też myśleć, co by to było, gdyby tej bandy jeszcze przybyło!...

      Myśli panienki przerwał pachołek, który wniósł drewek pełen podołek, z jałowca chyba, i wedle trzonu szedł do kominka niczym do tronu.

      Komin w swym brzuchu skrywał płomienie, więc słychać było drewien iskrzenie. Ogień zaledwie co, jednak hasał, rzadko już iskrzył, wolno przygasał.

      Pachoł z naręcza patyki rzucił, nieco się w stronę ognia odwrócił i jął wygarniać węgle z popiołu, które czerwone były pospołu.

      Ola spojrzała na te płomienie i wraz jej przyszło postanowienie:
      - Kostek! - nagle go zawoła i tak rzecze do pachoła:
      - Siądź na koń, nie żałuj bicza i jedź zaraz do Lubicza! Jeśli pan u siebie będzie, niech natychmiast tu przybędzie! Powód jakiś mu tam podasz, zaś jak nie, niech stary włodarz na kobyłę siada siwą i przyjedzie tu, a żywo!

      Chłopak się do ognia zwrócił, kilka szczypek smolnych rzucił i przysypał je pniakami. Dym z jałowca zapachami dawał woń wokoło piękną. Jeszcze raz poprawić klęknął, okiem łypnął na Oleńkę, bo podziwiać chciał panienkę. Panna bardzo była gładka, zatem zerkał nań z ukradka...
      Zanim znalazł się za drzwiami, ogień buchnął płomieniami. Trzaski suchych drew i pniaków pomieszane z zapachami przydawały izbie smaków, które czasem i ze łzami zejść się mogą, gdy udręka kogoś targa oraz męka.

      Człowiek się niekiedy wzruszy, lecz po chwili lżej na duszy może zrobić się w zadumie, gdy się wczuć w to wszystko umie...

      Ola się więc zadumała i po cichu pomyślała:
      - Niczym kształt owych płomieni, niech się los, da Bóg, odmieni... Może nie jest aż tak źle... Może chcieli mamiąc mnie, opiekuny dać przestrogę zanim wkroczę na swą drogę... Nagadali mi straszliwie... Obaczymy, czy prawdziwie...

      Już po chwili przeszła siedzieć do czeladnej, by dowiedzieć się czy w domu są porządki. W izbie zaś służebne prządki swym odwiecznym obyczajem jęły nucić coś nawzajem. Zawsze gdy w izbie razem siedziały, pieśni pobożne głośno śpiewały.

      Po dwóch godzinach wrócił zmarznięty pachołek Kostek. Przemówił spięty:
      - W Lubiczu nie masz ani człowieka, zaś Znikis w sieni na panią czeka!...

      Panna zerwała się zaraz żywo, weszła do sieni, spojrzała krzywo, a włodarz Znikis przekroczył próg i się pochylił do panny nóg:
      - Jak tobie zdrowie, jasna dziedziczko? - spojrzał na panny rumiane liczko. - Bóg daj najlepsze! - dodał po chwili, gdy się do drugiej izby zbliżyli. Tam włodarz Znikis zrazu nieśmiało, chciał próg przekroczyć, lecz się nie dało, bowiem śmiałości nienauczony nie pchał się tam, gdzie nie był proszony. Zawsze gdy wchodził pod obcy dach, stawał najdalej w izdebnych drzwiach.
      - Co u was słychać? - spytała Ola.
      - At! Pana nie ma - chłop kiwnął ręką i znowu schylił łeb przed panienką.
      - Słyszę przecie co mówicie. Wiem też to, że jest w Upicie. Zawsze się gdzieś zapodzieje... No a w domu co się dzieje?

      Znikis zgarbił się jak dziad i wydusił tylko:
      - At!...
      - Słuchaj Znikis! Mów mi składnie! Włos ci z głowy tu nie spadnie! Nie patrz na mnie jak to cielę! Opowiadaj mi! Mów śmiele! Mówią, dobry pan, lecz ony, rozbrykane kompaniony niczym... naród jakiś dziki... Rozrabiają swawolniki?
      - Straszne to są skurczybyki! Jako rzeczesz, swawolniki!... - Znikis nagle spokój dał, bo się chyba czegoś bał...
      - Powiedz prawdę! Ja ci wierzę! Mnie się nie bój, powiedz szczerze!
      - Oni wycisk i mnie dali, no i... gadać... zakazali... Dla mnie warta głowa moja, więc się gadać o tym boja...
      - Kto zakazał? - tu panienki głos się zrobił strasznie cienki.
      - Pan zakazał.... - Znikis brąchał - po czym nosem już wywąchał niczym w polu dzika owca piękną w izbie woń jałowca. I zapomniał, lub udawał, że w rozmowę się tu wdawał. Jałowcowy wchłaniał smak, kiedy Ola rzekła:
      - Taaak?
      Szybko nastrój się odmienia, kiedy tak podczas milczenia nagle wyrwie ktoś człowieka... Ktoś, kto na coś właśnie czeka... A tu nie ma nic gorszego! Nic dobrego, dużo złego! Naraz oddech wziął głęboki, bo usłyszał szybkie kroki. Ola jęła w kółko chodzić, coś rozmyślać, coś tam modzić... Usta mocno zacisnęła, brew zmarszczyła, przytupnęła. Znikis śledząc ją oczyma, bał się że zaraz nie strzyma pani nerwów, bo miast chwalić, może w pysk mu wraz przywalić.... Nagle spocił się bez mała, bo się przed nim zatrzymała...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bandakmicica
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2005 20:38
    • c.d.

      - Czyj ty jesteś? Tyś Lubiczów?

      - Nie!... Jać jezdek... Billewiczów! Nie z Lubicza, jam z... Wodoktów! - rzekł i czmychnął nieco w bok, tu w bezpiecznej odległości trząsł się w swej bojaźliwości. - Niepotrzebnie się tak smucisz, do Lubicza już nie wrócisz! Odtąd tutaj pozostaniesz! Nawet rozkaz już dostaniesz! Gadaj wszystko to co wiesz! Gadaj prędko, o nim też! Sprawa była opłakana, więc się rzucił na kolana. Słowo pani dużo znaczy, zatem jęczeć jął w rozpaczy. Począł grunt z początku macać: - Ja tam nie kcę więcej wracać! To, panienka, zbereźniki! Z picia im latają grdyki! Chuligany oraz zbóje! - krzyknął chłop, co w sercu czuje. - Sądny dzień! - głos miał już rzewny - Człowiek życia nie jest pewny! Ola na to zrozpaczona, w samo serce ugodzona, aż się w miejscu zakręciła, jakby strzała ją trafiła. Zbladła mocno, lecz dostojnie zapytała go spokojnie: - Prawda to że tam na sali, do obrazków se strzelali? - Jak nie strzelali, gdy się ochlali... Jeszcze i dziewki z sobą ciągali... Potem do komnat je zabierali! Takiej rozpusty myśmy nie znali! We wsi płacz, zaś we dworze obora! Toż to istna Sodoma Gomora! Co pod ręką jeno mają, zaraz wszystko zarzynają! Czy barany, czy to woły, wszystko idzie na ich stoły! Tam ze smakiem konsumują i się żarciem rozkoszują! Wczoraj nawet zwykłą krowę... mięso jedli... z niej... surowe... Wyją, gdaczą, piją, plują, płaczą, jęczą, pokrzykują! Ludzie nawet są w ucisku, bo ich co raz, prać po pysku dla zabawy poczynają, kiedy kogoś se schwytają. Wczoraj nawet, jak popili, stajennego rozszczepili! - Rozszczepili stajennego?! No... za dużo chyba tego... - No a jakże, zaś najgorzej dziołchom krzywda się tam dzieje, bowiem co dzień, coraz srożej je mitrężą te złodzieje! Wszyscy razem... tak... na kupę... wiejskim babom dają w... kość, bo już dworskich jest im dość... Znowu nastała chwila milczenia, zaś Aleksandrze nagle z wrażenia rumieńce lico całe pokryły, które po chwili wyraźne były. Twarz czerwienią pokrywając trwały długo, nie znikając. - Kiedy się pana tam spodziewają? Termin powrotu Kmicica znają? - Łobuzy sami tego nie wiedzą, więc jak u siebie spokojni siedzą... Jeden coś mówił, straśnie opity, że trza im jutro iść do Upity. Poklaskują zatem w dłonie i szykować każą konie. Mają wstąpić do panienki, niby przypaść... do twej ręki... Tak naprawdę, do czeladzi chcą po prośbie, choć nieradzi, bowiem prochu im brakuje, a potrzebę granda czuje oraz chęć do rozrabiania! Jakaś ich okrutna mania wzięła znowu do strzelania! - Mają wstąpić tu niecnoty? Nie dość mają już ochoty? Awantura więc wybuchnie! Zaraz Znikis idź na kuchnię. Wielce może ich zasmucisz, ale do nich już nie wrócisz!

      - Oby tobie Bóg dał zdrowie i ochronę od ich pięści, zasię w życiu niech ci szczęści!
      Aleksandra już wiedziała, co ma zrobić i co chciała. Nie musiała nawet wątpić jak należy jej postąpić. Zaś nazajutrz panien wiele wyjechało do kościoła, bowiem zawsze, co niedzielę procesyja szła wesoła. Zanim jednak wyjechały, kompaniony się zjechały. Wszystkie zbiry chyba byli. Do Wodoktów tak przybyli: Kokosiński, Uhlik, Kulwiec, zwany Hipocentaurusem, był Ranicki, Rekuć, Zend, pełno było owych mend. Zaś za nimi konno, zbrojnie czeladź szła, niczym na wojnie, bowiem jak postanowili, Kmicicowi wyruszyli do Upity iść na pomoc, jednak jeszcze nie wiadomo co do panny chcą tłumaczyć, że się pragną z nią zobaczyć... Gdyby znali Oli wolę, która znała ich swawole, zaraz by poczuwszy strach, opuścili w pęd jej dach. Panna, chociaż czując sprzeciw, wyszła jednak im naprzeciw. Spokój tylko pokazała i wyniosła cicho stała. Kiedy kłaniali się kompaniony, na uniżone dla niej ukłony, głową kiwając odpowiadała, po czym znów milcząc spokojnie stała. Oni myśleli, że panny lica smutne są z winy tylko Kmicica, którego nie ma tu razem z nimi, kompanionami przecie pierwszymi, zatem na niczym się nie poznali. Przyczyn prawdziwych jeszcze nie znali panią czyniącą taką ostrożną, z miną spokojną i jakąś trwożną. Pan Kokosiński naprzód wystąpił i jeszcze bliżej do niej przystąpił. Rzekł patrząc na jej urocze wdzianko: - Jaśnie wielmożna pani łowczanko i miłościwa nam dobrodziejko! Radość tu mamy nadzwyczaj wielką! Do Upity podążamy, zaś po drodze cię witamy! O auxilia nam cię prosić, bo nie możem dłużej znosić braku tak potrzebnej broni, co na wojnie... człeka... chroni... Zatem strzelb nam trzeba trochu oraz kilka rogów prochu... Każ waćpanna też czeladzi, niech na konie się posadzi i oporów im zaniechać, tylko w drogę z nami jechać. Szturmem Upitę trza z dymem puścić! Opornym łyczkom krwi nieco spuścić zaraz musimy, pókiśmy zdrowi! Pomóc jedziemy wszak Jędrusiowi! - Dziwi mnie - odrzekła Ola - dziwi mnie wasza swawola! Sama słyszałam - rzekła dostojnie - w Lubiczu siedzieć macie spokojnie, bowiem pan Kmicic tam wam przykazał czekać i jechać nigdzie nie kazał! Powtarzać nie zwykł on kilka razy, zatem szanować trzeba rozkazy! Jeśli zaś nie, to żeście zbędni i nieposłuszni mu podkomendni! Wśród swych rozkazów on nie pozwoli na te objawy jawnej swawoli! - rzekła draniom jednym tchnieniem, oni zasię ze zdumieniem oczy na nią wyłupiali. Takiej panny to nie znali! Zend wysunął wargi tak, jakby gwizdnąć chciał jak ptak. Kokosiński z tej przemowy sięgnął ręką do swej głowy. Zawsze zwykł był w gniewie klaskać, teraz jął się po łbie głaskać. - Mówisz panna, jakby który z nas tu wszystkich, niczym ciury jakie byli imć Kmicica! Taka rzecz nas nie zachwyca! Nam to dobrze przecie wiedzieć, że najlepiej w domu siedzieć, ale czwarty dzień już idzie, no a Jędruś... nie wiemy gdzie... więc przyszliśmy do konkwicji, i tu nie ma żadnej fikcji, że tam tumult mógł być wielki, zatem na wypadek wszelki wyruszyliśmy, bo może każdy z nas mu tam pomoże... Jako wierni mu notable niesiem z sobą nasze szable, co się wielce mu przydadzą oraz sprawy tam uładzą! - Nie na bitwę on pojechał, jeno karać swawolników! Baczcie zatem, by zaniechał was ukarać, pomocników... bo przeciwko rozkazowi jechać żeście są gotowi! Zresztą, przy was by się prędzej mogła zdarzyć siekanina, bo tumultu jeszcze więcej wznieść możecie! - kpi dziewczyna. - Pomóc chcemy mu spróbować, nie zaś tu deliberować! Zapał w nas się nie wystudzi, zatem prochy daj i ludzi! Usłyszeli nagle dranie: - Słuchaj dobrze mnie waćpanie! Ani ludzi, ani prochu nie dam waściom ani trochu! Kokosiński w swojej pysze odrzekł głośno: - Dobrze słyszę? Jędrusiowi na ratunek będziesz pani tu żałować? Może zaraz jeszcze będziesz przeciw niemu z wrogiem knować? Póki żywiśmy i zdrowi, chcemy pomóc Kmicicowi! On tam trudzi się niemało! Chcesz, by gorsze go spotkało? - Każdy z was to kawał drania, bowiem taka z was kompania, że nie spotka go nic złego, chyba z powodu waszego! - Oczy dziewczyny poczęły błyskać i błyskawice złe na nich ciskać. Podniosła głowę i postąpiła ku zabijakom na kilka kroków. Oczy swe w drani złowrogie wbiła, które wwiercały się w obijboków. Mając niejedno na swym sumieniu, cofać się jęli przed nią w zdumieniu... - Zdrajcy! - rzekła - to wy przecie go do złego przywieźć chcecie! Jak złe duchy go w pośpiechu namawiacie wciąż do grzechu! Ja już znam was, i rozpustę, i uczynki, bo łby puste w środku wszyscy chyba macie! Innych jeszcze odwracacie i od siebie i od niego! Wy przed prawem uciekacie, zaś ohyda na prawego pada z powodu waszego! Przez was, bandytów i infamisów! By was opisać już szkoda mi słów! - Na rany boskie! Hej, towarzysze! Czy ja to aby naprawdę słyszę? - pan Kokosiński krzyk wzniósł okrutny. Sam zaś wyprężył się niczym butny kogut, co walka czeka na niego, tak złość rozdarła Kokosińskiego. - Hej, towarzysze! Zali nie śpimy? My to naprawdę tutaj słyszymy? Billewiczówna tak się zbiesiła, że do nich jeszcze krok postąpiła i drzwi im ręką wskazując rzekła: - Precz stąd! Wynocha! - dodała wściekła. Warchołowie stojąc w grupie zbledli, zaś ich gęby trupie słowa rzec się już nie ważą, każdy stoi z bladą twarzą. Zęby im poczęły zgrzytać, ręce zaś poczęły chwytać drżąc u pasów rękojeście. A na koniec jęli wreście błyskawice ciskać z oczu, każdy bowiem wściekłość poczuł. Lecz za chwilę w nich upadły z trwogi dusze, jakby zgadły że niewarta błyskawica pomsty z rąk pana Kmicica. I ugięły się ich nogi na myśl samą, bowiem trwogi takiej nie są zdzierżyć w stanie, mimo że to straszni dranie. Dom ów przecie był onego, imć Kmicica potężnego już od dawna pod opieką, więc ni słowem, ani ręką nie są dranie tutaj w stanie mścić się za to na tej pannie, choć zerkali nań zachłannie. Pamiętali też, że ona to Kmicica narzeczona. Choć burzyła się w nich krew, zgryźli milcząc wielki gniew.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bandakmicica
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2005 20:37
    • c.d.

      A Oleńka ciągle stała, palcem na drzwi wskazywała i błyskała okiem groźnie. Kokosiński rzekł ostrożnie: - Skoro nas tu tak przyjęto... i za zbirów jakichś wzięto, nic innego, jak się zdaje, nam tu już nie pozostaje... jak się skłonić politycznej gospodyni oraz w licznej, jakiej przyszliśmy gromadzie, wynieść się na końskim zadzie... - Z kpiną skłonił się do ziemi z gesty tak uniżonemi, że aż czapą po podłodze kurze wymiótł jej przy nodze. Inni również popis dali, gdy przed panną się kłaniali, zaś gdy kłaniać się skończyli, po kolei wychodzili. Kiedy za nimi się drzwi zamknęły, Olę słabości znów ogarnęły. Upadła na krzesło wyczerpana dychając ciężko, bowiem nieznana była jej postać takiej zniewagi, co sił pozbawia oraz odwagi. Ci przed gankiem się gromadzić jęli, aby się naradzić. Każdy oczy począł stawiać, pierwszy nie chciał nikt przemawiać. Kokosiński miał młyn w głowie: - No cóż... mili bratankowie... A cóż, A cóż? A dobrze wam? - Tobie dobrze? Powiedz sam! - Żeby nie Kmicic, żeby nie on! - warknął Ranicki wpadając w ton i konwulsyjnie swe ręce trąc, śmiałości przydać tym sobie chcąc, wraz odpowiedział Kokosińskiemu: - Pohulalibyśmy z nią po naszemu! Rekuć zapiszczał z płonącym licem: - Idź nawet teraz! Zadrzyj z Kmicicem! Stań mu! - wnet dodał, zaś skóra na twarzy, jak zawsze w takich razach się darzy, niczym u rysia w pasy cętkami, cała pokryła mu się piętnami. - Wszędzie gdzie zechcesz stanę, warchole! I jemu stawię i tobie pole! Rekuć mu na to odpysknął szczodrze: - Jak sobie życzysz! A to i dobrze! Zaraz za szable obaj chwycili, zaś Hipocentaurus nie tracąc chwili, wtoczył się stając pomiędzy nimi i rzekł z rękoma zaciśniętymi: - Na tę oto pięść - parł potrząsając nią i jak bochnem chleba machając - pierwszemu, który szablę wyciągnie łeb zaraz strzaskam, ani nie bąknie! - To rzekłszy patrzał raz na jednego, za chwilę zmierzył ostro drugiego, bowiem chciał Kulwiec prędko zmiarkować, który z nich pierwszy zechce spróbować. Oni jednak zagadnięci, odegnali butne chęci i po małej nagle chwili obaj się uspokoili. Kokosiński też wszedł w akcję: - Hipocentaurus ma rację! - rzekł głaskając się po głowie. - Moi mili bratankowie! Teraz jak głodnemu chleba tylko zgody nam potrzeba! Ja bym radził - dodał giętko - do Kmicica ruszać prędko, bo gdy ona z nim przed nami spotka się, to go omami i opisze bez kozery, żeśmy diabły i kancery! Dobrze, że tam żaden na nią choć nie warknął, bom tę panią sam ochotę schwycić miał, alem w porę spokój dał... Strasznie mnie świerzbiły ręce, żebym palnął jej w podzięce za to babskie narzekanie, bowiem środka nie ma na nie. Chuć musimy opanować... innych środków popróbować... Z babą żadne skurczybyki nie wygrają na języki... Taka walka nie zachwyca... Teraz jedźmy do Kmicica, zanim go panna na nas podbechta. Pojedziem pierwsi, nam posłuch niech da. Obraz mu sprawy takowy damy, że my to na nią go podbechtamy. Nie daj Bóg, by nas opuścił... - Kokosiński oczy spuścił, bo go nagle ciary ścięły, aż się zdziwił skąd się wzięły, bowiem miał się za herosa, co ma głowę wyżej nosa. - Zaraz - rzekł im - by obławę jak na wilków za złą sławę uczyniono i nie wiada, czy by była na to rada... Tu Ranicki mu opór da i w głos rzecze na to: - Furda! - choć był w życiu strasznym świnią, warknął: - Nic nam nie uczynią! Teraz wojna, zatem ludzie już nie siedzą jak pies w budzie, jeno włóczą się po świecie, bowiem wszystkich bieda gniecie! No i dachu oraz chleba wszystkim w wojnę jest potrzeba! Zbierzem partię - rzekł po chwili - towarzysze moi mili... Trybunały jak chęć mają, niechaj wszystkie nas ścigają! Rekuć! Dzisiaj krwi nie staczam! Rękę daj, bo ci wybaczam... Rekuć na to się burmuszy: - Byłbym ci tu obciął uszy, ale bitką się nie trudźmy i - zapiszczał - się pogódźmy... bowiem wspólna nas konfuzja tu spotkała. Lepiej u zjadliwych jakichś kompanionów szukać zwady, więc nie ponów dzisiaj ze mną więcej starcia, bo nie zdzierżę już zaparcia... - Kazać precz pójść jak kancerom... takim jak my kawalerom! - Kokosiński znów przeżywa, aż mu ślina z brody spływa. - I mnie - dodał też Ranicki, gładząc czerep swój bandycki. - Dom mój to nie żaden chlew! Senatorska we mnie krew! - Familiantom! Ludziom godnym! Nam, sierotom często głodnym... - I żołnierzom zasłużonym i exulom tak znużonym... - Dom ten nie jest nam gościnnym, nam żołnierzom tak niewinnym! - jął użalać się ktoś skrzętnie, że okazja jest, więc chętnie: - Nogi marzną mi, bo buty, każdy z nich, choć jakoś wzuty zimny, niczym u łachmyty, bo wyporkiem jest podszyty... Kulwca jakby ugryzł kleszcz, wstrząsnął nim gwałtowny dreszcz. - Pannie dziś nie damy rady, więc nie stójmy tu jak dziady. Nie wystoim nic dobrego, a już piwa i grzanego z domu nam tu nie wyniosą... Prędzej nas przepędzą kosą! - Nic tu po nas, zatem jedźmy jak najdalej od tej wiedźmy! Czeladź lepiej odeślijmy, bo nam walczyć chyba kijmi, miast strzelbami oraz bronią, bo wojować nam już bronią! Zatem trzeba rzec czeladzi, niech odjeżdża i se radzi. Któryś krzyknął niewyżyty: - Jedźmy teraz do Upity! Do Jędrusia, przyjaciela, jakich dzisiaj jest niewiela! Zamiast tutaj nam się tarżyć, jedźmy jemu się poskarżyć! - Byleśmy go nie minęli! - inni gromko odkrzyknęli. Któryś złożył w trąbkę dłoń i zakrzyknął w głos: - Na kooooń! Siedli i ruszyli stępą z miną smutną oraz tępą, dom za sobą zostawiając, gniew i hańbę przeżuwając. Ranickiego złość trzymała, zatem gęba mu sapała. Zwrócił się za bramą w tył i pogroził ile sił w pięść złożywszy mocno dłoń, drugą drapiąc konia w skroń. Ściągnął przy tym gęste brwi i wykrzyknął groźnie: - Krwiii! Machnął jeszcze pięśćmi swymi i znów ryknął: - Krwiii! Eeej, krwi miii! - Niechby tylko się skłócili, zaraz byśmy tu wrócili! Przyjechalibyśmy z hubką, sprawę załatwiając krótko. - Ha! To jeszcze być i może! Tu dopomóż nam w tym Boże... - Uhlik lubił awantury, bił się też jak mało który. - Pogańska córa jakiegoś gbura, zaciekła w gębie, nędzna ciecióra! Klnąc tak na pannę i sierdząc się srodze jechali wolno, noga przy nodze. Warcząc robili sporo hałasu, aż dojechali wreszcie do lasu. Zaledwie minęli pierwsze drzewa, wraz się spostrzegli, że coś rozwiewa się z drzew na wszystkie po niebie strony. Były to stadnie lecące wrony. Zend zakrakał przeraźliwie, na co wrony obraźliwie przekrzykiwać go poczęły. Skąd się w dole głosy wzięły? Jeszcze głośniej zakrakały i mu wraz odpowiedziały przeraźliwym wrzaskiem z góry. Pióra wronie zaś jak wióry opadały na jadących, w złości często głośno klących, bo niejeden wśród tych gam miał na sobie pełno plam... Plamy owe były białe, jedne duże, inne małe... Stado nagle się zniżyło, co aż konie przeraziło, które niczym ostrych wideł jęły lękać się ich skrzydeł. - Stulże gębę - rzekł do Zenda pan Ranicki. - Co za menda! Obyś nieszczęścia nam nie wykrakał! Wystarczy wrzasku już tamtych zakał! - po czym dodał z kwaśną miną - Kraczą, jakby nad padliną! Oni słuchać go nie chcieli i się głośno z tego śmieli. Zend zakrakał jeszcze głośniej, całą gębą, jeszcze sprośniej. Wrony zniżały się coraz bardziej, a tamten krakał co raz to hardziej. Pośród krakania, na koniach, gburzy jechali dalej jak pośród burzy. Nie wiedziała owa drużba, że to była ich zła wróżba! Omijając leśne dzicze, wkrótce i Wołmontowicze się w oddali ukazały, zatem konie przyspieszały, bowiem mróz był butny, srogi, że przemarzły im aż nogi. Do Upity kawał jeszcze, lecz ich mróz i zimne dreszcze nie zrażały, ni zawieja, bo śpieszyli do Andrzeja. W samej wsi nieco zwolnili, chociaż szkoda każdej chwili. Tam na szerokiej drodze widzieli ludzi zwyczajnie jak przy niedzieli. Na piechotę i saniami jadącymi z Butrymami od Mitrunów podążali, gdzie na odpust się wybrali. Szlachta patrzała na nich ciekawie, poznając jeźdźców nie całkiem, prawie... Młode szlachcianki, które słyszały już o rozpuście, wraz pomyślały, że są to sławni jawnogrzesznicy, ci co w Lubiczu jak wszetecznicy sobie bezkarnie tam poczynali. Tak to ich wszyscy rozpoznawali. Owej Kmicica kompanii sława, to była sprawa dla nich ciekawa, a że ich panny owe nie znały, zatem się chętnie im przyglądały. Oni zaś jechali dumnie, w konia koń zwartej kolumnie. Żołnierskie przybrali zaraz postawy, niech się im przyjrzy jak kto ciekawy! Ich aksamitne frezje zdobyczne w kołpakach rysich były wszak śliczne. W oczach swych mieli iskry piekielne, pod sobą konie nad wyraz dzielne. Znać było zaraz, że ci kompani, to są żołnierze z nich zawołani. Miny rzęsiste, harde, wzrok srogi, pod boki ręce wsparte i błogi na twarzy wyraz, bo odwrócone głowy trzymali swe podniesione. - Z drogi! - krzyczeli jadąc szeregiem, konie puszczając powolnym biegiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bandakmicica
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2005 20:37
    • c.d.

      Żaden ustąpić nie chciał nikomu, jakby się śpieszył z wojny do domu. Butrymowie chyłkiem plując stali miejsca ustępując. - Uważajcie, mości panowie! - Kokosiński rzekł posłowie - Rosłe chłopy jak te tury, spozierają niczym gbury! Każdy na nas tu co chwilka zerka wzorem... chyba... wilka! - Żeby nie wzrost ich i te szabliska, można pomyśleć, że wprost z boiska jak jakieś chamy stoją na drodze, zapewne strachem podszyci srodze! - Uhlik nie szczędził drwin dla miejscowych, pewnikiem strasznie nie cierpiał owych. - Patrzcie na te ich szablice! To bez skazy są iglice! Prawie, że są przeźroczyste, wszystkie jak powyrki czyste! Nasze zaś nigdy takie nie były! To nie do wiery, jak mi Bóg miły! I Ranicki jął wargować: - Chciałbym z którym się spróbować! Zamiast jednak wystartować, gołą dłonią jął szermować: - On by tak, ja bym tak! On by oblekł się już w strach! A ja tak! A ja szach! Rekuć spojrzał nań jak cielę: - Z tymi tu nie trzeba wiele! Miast podchody takie czynić, gaudium możesz wraz uczynić! Zend też nagle jął celować: - Z dziewczętami się spróbować wolałbym niż tracić czas! Niedaleko piękny las!... Rekuć, niczym gach zachłanny, rzekł: - To świece są nie panny! Któryś dodał też zazdrosny: - To nie panny tylko sosny, zaś ich gęby malowane, jak krotoszem ozdabiane! Na taki widok chęć człeka łapie... Ciężko usiedzieć przy tym na szkapie... Rozmawiając wyjechali wnet z zaścianka i zdążali znów przed siebie drogą mysią, czy jak mówią, ścieżką rysią. Rozdziawili w śmiechu miny, bo za jakieś pół godziny dojechali już warchoły blisko karczmy zwanej Doły. Między Wołmontowiczami, a bliskimi Mitrunami leśna karczma w głuszy stała i swych gości zapraszała. Butrymowie z niewiastami wstępowali tu czasami, gdy w niedziele, albo w święta przyszła im ochota zdjęta chłodem wielkim i zmęczeniem, zatem rozgrzać się płomieniem często tutaj zaglądali i z uszniaków pociągali. Odpoczynek dając ciału pośród bliskiej leśnej głuszy, radość też dawali duszy. Niemal zawsze po kościele zachodzili tu w niedziele. Przed zajazdem stały sanie, wiec zerkając chyłkiem na nie, wraz spostrzegli kawalerzy, że w tej karczmie przystań leży dla wędrowca strudzonego oraz konia znużonego. - Wstąpmy napić się gorzałki! - Kokosiński głos miał miałki - bo mróz wzbudza tylko złość, gdy przemarznie człek na kość! - Nie zawadzi! - odkrzyknęli. Widać chęć na picie mieli... Konie u słupów wraz uwiązali i się do izby stadnie wepchali. Izba była, choć przyjemna, dosyć duża, no i ciemna. Ludzi wielu tam siedziało i coś z dzbanów popijało. Wolnych miejsc stało niewiele, zawsze było tak w niedziele. Każdy gadał o swych sprawach siedząc na drewnianych ławach, zaś gromadki przed szynkwasem rozmawiały cichym basem. Wszyscy mieli pełne dzbany, w środku zaś napitek grzany, a niektórzy zgromadzeni pili krupnik, więc korzeni zapach się roznosił wkoło. W izbie było już wesoło. Po wyglądzie oraz mowie ich poznali Butrymowie. Chłopy duże i ponure, gadać chciały rzadko które, bowiem byli małomówni i z tym w rodzie swoim równi. Ciszę zatem zachowali, bowiem szeptem rozmawiali. Czasem głośniej rzekło paru, ale mało było gwaru. Czy środek lata, czy okres słoty, wszyscy nosili szare kapoty, co pakłakami są rosieńskimi, skórami bite wskroś baranimi takoż ciekawie przyozdabiane. Na każdym paski grube, skórzane, zasię pomiędzy tymi pasami wzdłuż, z żelaznymi u nóg pochwami, kieszenie bokiem wiszą z szablami. Taka znaczna jednostajność jak żołnierska przecie skrajność pozór wojska im czyniła, szanowana przez to była. Jednak byli to po części ludzie starzy, zatem pięści rzadko kiedy używali, jednak honor utrzymali. Pozostali to wyrostki, co na gębach mają krostki. Żaden nie miał jeszcze teścia, bowiem liczył lat z dwadzieścia. Ci dla omłotów zimowych w domach zostali grzebiąc się w chlewnych słomach. Reszta, mężczyźni już w sile wieku, wśród na policzkach mocnych wypieków ruszyli razem bez strachu cienia jako żołnierze aż do Rosienia, gdzie pospolite były ruszenia. Oczy jęli od siebie odrywać i kawalerom się przypatrywać ode szynkwasu się odsuwając. Przeto, że z tyłu ich nieco mając, lepiej widzieli się odwróciwszy, bo tutaj widok był najwłaściwszy. I im podobał się moderunek żołnierzy, którzy też pili trunek, bowiem odmówić im szkoda było i tak się jeszcze też nie zdarzyło, bo szlachta była z nich wojownicza. Nagle ktoś głośno spytał: - Z Lubicza? Ktoś usłyszał treść pytania: - To Kmicica jest kompania!! Drudzy wiedzieć chcieli także: - To są ci? - A ci! A jakże! Kawalerowie się zachwycali smakiem gorzałki, którą łykali mając nadzieję wypić niemało. Nagle wokoło coś zapachniało. Wrażliwe nosy sponad stolika poczuły świeży zapach krupnika. Pierwszy zwietrzył Kokosiński. Musiał zapach dobrze znać, bo już kazał sobie wlać. Obsiedli stół, zaś gdy przyniesiono dymiący sagan, poczęto ono pić, wokół chyłkiem się rozglądając, szlachtę po bokach każdy z nich mając. Siedząc tak, oczy poprzymrużali, bowiem ciemnawo było na sali. Okna śnieg zasnuł, a długi, niski otwór, z którego ogień, choć bliski, pozasłaniały jakieś figury, tak że zobaczyć coś mało który mógł w izbie pośród owego mroku. Widoczność była na parę kroków. A kiedy krupnik począł już krążyć w żyłach żołnierzy i ciepłem drążyć, wraz ożywiły im się humory, bo byle jakie aż do tej pory były od kiedy Oli przyjęcie tak ich strapiło wcześniej zawzięcie. Teraz nie myślał żaden z nich płakać, pierwszy jął Zend niczym wrona krakać. Krakał zaiste takoż dokładnie, że wszystkie twarze nagle paradnie doń odwróciły się zadziwione, że umie tak naśladować wronę. Jakby tu jaka się zawieruszyła, tak wszystkich scena ta poruszyła. Krakanie Zenda ich zaskoczyło, kilka postaci się odwróciło, które przed ogniem tyłem siedziały. Rekucia oczy zaraz poznały, jako że wzrok miał on przyzwoity, że te postacie to są kobity. Zend krakając wydał pisk, po czym nagle zamknął pysk, lecz po chwili z sali końca wydał nagle pisk zająca. Zając w strachu wył przez łzy, jakby go dusiły psy. Zend z pomocą swoich dłoni naśladował głos agonii. Coraz słabiej, coraz ciszej... zamknął mocno swe powieki, jeszcze wrzasnął rozpaczliwie, po czym umilkł już na wieki. Wtem na jego miejsce z pyska, niczym rogacz z rykowiska głos potężny z siebie dał. Zend tak wył, że każdy wstał. Wstali wszyscy Butrymowie, każdy drapiąc się po głowie. Zend zaś siedział, rycząc nie stał, siedząc ryczeć nagle przestał. Każdy myślał, że wśród ciszy jeszcze Zenda głos usłyszy. Tamten jednak ryk porzucił. Rekuć się do wszystkich zwrócił cienkim głosem, nie jak z tuby: - Któż to siedzi wedle gruby? - Humor miał już od wódeczki. - Toż to przecie sikoreczki! Kokosiński patrzył z męką przysłaniając oczy ręką, bowiem w zmroku widział mało... Czasem mu się wydawało, że ktoś stoi, lecz poznawać nie mógł, ani chciał przyznawać do tej swojej się słabości, żeby ktoś mu nie rzekł cości czy z zazdrości, czy też w złości. W końcu śmiało rzekł jak zawdy: - Nie da ukryć się tej prawdy! - Jako żywo! - Uhlik zjarzył - w zmroku żem nie zauważył! Jeśli zatem izbę zdobią, niech powiedzą co tu robią?! Co sikorki tutaj modzą?! Może tańczyć tu przychodzą? Kokosiński rzekł: - Czekajcie! Mnie się spytać panien dajcie! - i już zabrał się do próby - Hej tam! Hej tam! Wedle gruby! Cóż niewiasty tam czynicie? Pytam przecie przyzwoicie?! Cienkie głosy się ozwały: - Nogi grzejem, bo zdrętwiały! Kawalerzy, pysk przy pysku, zaraz siedli przy ognisku. Tam w szeregu już siedziało z dziesięć niewiast i się grzało. Starszych, młodszych, trzymających bose nogi wśród płonących wedle ognia drew przy klocu, niczym na wełnianym kocu. Z drugiej strony przemoczone, wedle pniaka ułożone buty niewiast w rząd leżały, bo się śniegiem uwalały. Kokosiński rzekł w impecie: - Zatem nogi tu grzejecie? - Bo nam zmarzły, gdyśmy wdepły w śnieg, więc niechaj płomień ciepły sprawi, że chłód w nich stężeje, kiedy ogień je ogrzeje... Rekuć pochylił się ku klocowi i piszcząc wraz się nad gadką głowi: - Bardzo grzeczne nóżki macie! Jam ci pierwszy w tym temacie! Jedna chciała dać mu w łeb: - Ty się waszmość at odczep! - Zamiast odczepić, ja się przyczepić właśnie do panien teraz przymierzam, zatem wam powiem jaki to sposób, który obwieścić zaraz zamierzam, lepszy od ognia jest na zmarznięcie! Sposób to tańcem oblec zajęcie! Ty mi dziewczyno tutaj nie przecz! Zamróz wraz w tańcu odejdzie precz! Uhlik również począł knować: - Kiedy taniec to tańcować! - Każdy niech się rozweseli! - inni też mu przytaknęli, bowiem w owym byli świetli. - Nie trza skrzypków ni basetli! Stańcie no w tanecznym szyku! Zagram wam na czekaniku! - dodał nagle Uhlik śmiało - Gram niezgorzej, chociaż mało! - Natychmiast dobył z pochwy skórzanej przy swojej szabli gdzieś uwiązanej mały instrument, którym grać począł i tym się samym taniec rozpoczął, bowiem do dziewcząt wszyscy zmierzyli i je w ramiona już pochwycili. Choć się dziewczęta niby broniły, nie chciały jednak używać siły. Szlachcice może by powiedzieli, że potańcówki są przy niedzieli po mszy w zapusty i dobre przecie, lecz zła opinia, która tych gniecie znana też była w Wołmontowiczach, zatem po głośnych, okrutnych kiczach, których się przecie podopuszczali, wszyscy ich tylko ze złej strony znali. Olbrzymi Józwa Butrym, pod stropy, ten który nie miał już jednej stopy, zbliżył się nieco do Hipocentaura, który postawę miał dinozaura. Chwycił za pierś i wstrzymać chciał gbura, gadka zaś jego była ponura: - Tańczyć chcesz? Wszak tu jest ciemno! Może zatańczysz miast z babą, ze mną?! Kulwiec aż oczy zmrużył wymownie i jął wąsami dygać gwałtownie: - Wolę z dziewczyną - rzekł błyszcząc potem - zaś z waścią mogę, lecz chyba... potem... Wtem Ranicki z wyuzdaną, podbiegł gębą centkowaną i zakrzyknął głośno: - Kurde! - bo w powietrzu poczuł burdę. Tupnął przy tym mocno nogą. - Ktoś ty jest zawalidrogo? Coś za jeden? Coś za diablę? - rzekł i schwycił w dłonie szablę. Uhlik przestał nagle grać. Kokosiński krzyknął: - Stać! Towarzysze, to nie siupy, chodźcie zaraz tu do kupy! - Kiedy skończył swe posłowie, wraz za Józwą Butrymowie jęli niczym w beczce śledzie się gromadzić te niedźwiedzie. Kokosiński rzekł: - Co chcecie?! Guzów chcecie? Dostaniecie! Józwa z flegmą dobył miecz: - At! Co gadać! Poszli precz! A Ranickiemu o to chodziło, oby bez bójki się nie obyło. Uderzył Józwę pięścią w pierś twardą i krzyknął czując odwagę hardą: - Bij! I zabłysły nagle rapiery. Wszyscy stanęli na trzy i cztery... Każdy natychmiast butny kompanion do bitki ostro na środku stanął. Inni też byli na zawołanie, zrobił się zgiełk więc i zamieszanie. Dla Józwy ciosy były jak prztyczki, zatem wycofał się z tej potyczki. Pochwycił ławę jakby deseczkę i podniósł w górę ową ławeczkę. Wszedł z nią zaraz w tamten tłum i zakrzyknął: - Rum! - i - Rum! - Głos miał przy tym bardzo srogi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bandakmicica
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2005 20:36

Kalendarz

Maj 2012

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Autorzy

Kanał informacyjny